Cała wieś jest domem publicznym. "Byłam ośmiolatką sprzedaną za czekoladę"
± W wiosce Daulatdija Daulatdia w Bangladeszu codziennie ponad 1 500 kobiet i dziewcząt świadczy usługi seksualne dla około 3 000 mężczyzn. Często wykonują je za zawstydzająco niską cenę — zaledwie za równowartość 10 zł za klienta. To jeden z największych legalnych domów publicznych na świecie, w których jednak większość pracownic nie jest tam z własnej woli. To brudne, ponure miejsce, w którym od dawna nie ma miejsca na ludzką godność. Wiele dziewcząt, które zarabiają na przetrwanie jako prostytutki prostytutki, zostało porwanych, sprzedanych przez własne rodziny lub oszukanych przez chłopaków i sutenerów. Klientów obsługują, bo nie mają innego wyjścia.
± — Chcemy się po prostu bawić. Marzymy, by ktoś znalazł dla nas inne miejsce, gdzieś na zewnątrz, gdzie mogłybyśmy żyć — powiedziała cytowana przez portal Blic jedna z dziewczynek, której życie, podobnie jak tysiące innych, zostało zniszczone przez niewolnictwo seksualne w Daulatdi. Daulatdii.
± — Są tu młode i starsze. Od dziesięciu do czterdziestu lat. Ceny są różne. Od 60 centów (około 3 zł) do 10 euro (około 43zł) 43 zł) — powiedział dziennikarzom jeden z kierowców ciężarówek, śmiejąc się rubasznie.
± Proces robienia z kobiet niewolnic seksualnych jest zazwyczaj taki sam. Schemat powtarza się prawie zawsze. Dziewczynki trafiające do Daulatdii zazwyczaj są zadłużane u kierującej ich pracą "madam" na 200–300 dolarów. By móc się wykupić, muszą pracować, aż nie nie spłacą swojej należności. Przy stawkach, za jakie obsługują klientów, zebranie takiej kwoty jest karkołomnym przedsięwzięciem. Nawet, Nawet jeśli im się uda, rzadko odzyskują wolność. Nawet gdy go spłacą, nie ma mają wyjścia. Praca w prostytucji trwa dalej, trwa, tylko już nikt formalnie ich nie kontroluje. Często nie mają gdzie wrócić. Rodziny, które same je tu wysłały, wstydzą się powrotu "zhańbionych" córek czy sióstr.
± Mimo przerażających warunków, warunków praca seksualna jest legalna w Bangladeszu, ale wyłącznie w zarejestrowanych domach publicznych. Większość kobiet i dziewcząt pracuje jednak na ulicy lub w prywatnych domach, co naraża je na większe niebezpieczeństwo ze strony policji, przemoc i choroby.
± W Daulatdii We wsi Daulatdia nawet zmarli nie zaznają spokoju. Starsza kobieta, która mieszka tam już od 50 lat, opowiedziała, że musiała zatrudnić trzech narkomanów, żeby pochowali martwo urodzone dziecko jej sąsiadki: — Tylko oni chcieli jej dotknąć. Błagałam ich.
± Ale władze wciąż milczą. A kolejne dzieci dorastają w pokojach pełnych bólu, patrząc na te same sceny, które widziały ich matki 10, 20 10,20 czy 30 lat temu.