Ślub, kościół pęka Syreny wyją w szwach. Gdzieś pomiędzy modlitwami nagle słychać sygnały telefonów zapominalskich, którzy Lublinie, ale w lokalu w centrum miasta nikt ich nie wyciszyli komórek. Ci, którzy po cichu sprawdzają, co słyszy. Siedzimy z kolegą przy późnym obiedzie, wokół nas pełna sala klientów. O alarmie dowiaduję się stało, tylko kiwają głową i wracają nie z uwagą do mszy. systemu ostrzegania, lecz z telefonu od córki.
±Tydzień Kilka tygodni temu byłem na ślubie koleżanki. W trakcie mszy kilku osobom w kościele zawibrowały telefony. Alert RCB. O czym? O trwającym ataku Rosji na Ukrainę. W polskiej przestrzeni operuje lotnictwo i trzeba śledzić komunikaty. Ludzie przeczytali wiadomość, schowali telefony i ceremonia trwała.
±Nikt nie wstał, nikt nie szukał wyjścia, nikt nawet przez chwilę nie zachowywał się tak, jakby rzeczywiście groziło mu niebezpieczeństwo. Jasne, nie było takiej potrzeby — SMS dotyczył jedynie ataku rosyjskim rosyjskiego na terenie Ukrainy. Ale tu powstaje kluczowe pytanie:
±W takim razie, razie po co mieszkańcy Lubelszczyzny i Podkarpacia ciągle je dostają?
±W miniony weekend, Ponad tydzień temu, gdy drony uderzyły w rejonie przygranicznym, ostrzeżenie zobaczyłem dopiero rano, kilka godzin po jego wysłaniu. Podejrzewam, że podobnie było w wielu domach. W nocy telefon leży na szafce, często jest wyciszony. Sam SMS nie sprawia jeszcze, że człowiek nagle zaczyna działać.
±Część mieszkańców dostała w wiadomości dostała informację "udaj się w bezpieczne miejsce". Ale co to tak naprawdę znaczy?
±Tu zaczyna się kolejny problem. Polska infrastruktura ochronna przez lata była zaniedbywana, a przeciętny mieszkaniec nie ma pojęcia, gdzie w jego okolicy znajduje się miejsce, w którym rzeczywiście mógłby się ukryć. Została stworzona Powstała aplikacja, która ma pomóc znaleźć miejsce schronienia, ale wiele z nich tych miejsc jest niedostępnych.
+Kiedy w poniedziałek 27 września br. przyszedł alert RCB o zagrożeniu z powietrza i poleceniu znalezienia bezpiecznego miejsca, nikt z gości lokalu w centrum Lublina nawet nie drgnął. Nikt nie przerwał posiłku, nikt nie sprawdził, co się dzieje, nikt nie zerwał się z krzesła i nie popędził do miejsca schronienia.
+O tym, że zawyły syreny, dowiedzieliśmy się od mojej córki. — Tato, słyszysz syreny? — zapytała. Nie słyszałem. Musiałem wyjść na zewnątrz, by sprawdzić, czy rzeczywiście zostały włączone. A i tak będąc w centrum Lublina, przy jednej z głównych ulic, ledwo je słyszałem.
+Jedna z kelnerek, o alertach i syrenach, dowiedziała się od nas. Uśmiechnęła się i po chwili wróciła do swojej pracy. W końcu musiała podać kolejną porcję jedzenia oczekującym klientom albo przyjąć zapłatę. Rakieta czy dron? Kogo to obchodzi. Na pewno nie jej szefa.