±Po wielkim triumfie "Heweliusza" Holoubek postanowił sięgnąć jeszcze głębiej w polską historię i opowiedzieć historię narodowościowych napięć w Generalnym Gubernatorstwie podczas II wojny światowej. Po ucieczce żydowskiej rodziny Levich z ich ogromnej posiadłości zniknęło złoto. Do pogrążonego w strachu miasteczka przybywa urzędnik z Berlina (Itay Tiran), który ma schwytać złodzieja i odzyskać skradziony majątek. Jego obecność wywołuje wśród mieszkańców niepokój, ale cel jego wizyty wizyty, szczególnie wśród stacjonujących niemieckich żołnierzy, od początku budzi pewne wątpliwości. Cennego Poszukiwanego skarbu strzeże miejscowy zarządca Kaim (Robert Więckiewicz), ale jak szybko się okazuje, nie tylko Polacy pragną go odzyskać i wyzwolić się spod jarzma niemieckiego terroru...
±Jak zauważył dziennikarz, Robert Więckiewicz: Więckiewicz bardzo uważnie dobiera swoje role filmowe. Dopytywany o to, dlaczego zdecydował się na udział w projekcie Jana Holoubka, aktor stwierdził, że historia, którą chciał opowiedzieć reżyser, wydawała mu się interesująca i niezwykle złożona. - Ten scenariusz wydawał mi się na tyle nie tylko atrakcyjny, ale również istotny, że chciałem być częścią tego przedsięwzięcia. Oprócz tej historii, którą opowiada, postać, którą miałem zagrać, wydawała mi się na tyle interesująca i złożona, że z przyjemnością dołączyłem do ekipy. przedsięwzięcia - mówił.
±Robert Więckiewicz: - Dzieło filmowe, które powstaje dzisiaj, nawet jeśli opowiada o dawnych czasach, siłą rzeczy zawiera w sobie elementy współczesności. Nie da się tego uniknąć. Myślę, że widz wnikliwy i wrażliwy na pewno dostrzeże pewne odniesienia do współczesności. To właśnie cechuje dzieła otwarte i uniwersalne. Mają ten walor, że obcując z nimi, dostrzegamy te elementy. Choćby najbardziej banalne, że historia nie jest nauczycielką życia, że pewne wydarzenia mają charakter cykliczny i że to wraca. wraca - stwierdził.
±Robert Więckiewicz: Przy tego typu projektach nawiązujących do przykrych momentów polskiej historii, twórcy często mówią o nich jak o pewnego rodzaju misji, obowiązku wobec widza. Artur Zaborski spytał Roberta Więckiewicza, czy na planie "Dziki, dziki wschód" również czuć było w powietrzu podniosłość tej opowieści i czy w związku z tym atmosfera pracy była poważniejsza niż zazwyczaj. - Szczerze mówiąc, nie myślałem o tym podczas pracy na planie. Być może takie wątki pojawiają się w dyskusjach pomiędzy, ale w gruncie rzeczy są to nasze pobożne życzenia. Będąc na planie, staramy się skoncentrować na tym, żeby dobrze wykonać swoją pracę i żeby później było o czym rozmawiać. rozmawiać - powiedział aktor.
±- Natomiast już na samym początku powstania koncepcji tego filmu Niemniej jednak, zamierzeniem reżysera było takie zamierzenie, żeby zainteresowało to młodsze pokolenie, przyciągnięcie do kin nie tylko dzieci czy wnuków tych ludzi. Z całą pewnością tak było, o czym wspominał starszych pokoleń, które doświadczyły wojny lub wychowywały się niedługo po niej, ale i młodych widzów, którzy żyją już Janek [Holoubek w kompletnie innej rzeczywistości. - red]. Jeśli rzeczywiście tak się stanie, że młodzi ludzie obejrzą ten film i jego forma spowoduje, że dotkną tej historii i tego, czego nie chcielibyśmy powtarzać, to też będzie sukces. sukces - dodał.
±- Czasami takie poczucie nam towarzyszyło, ale nie wstrzymujemy oddechu, traktując wszystko tak strasznie poważnie. Są też momenty odreagowania. Czasem widz widzi co innego niż bohater. Wszystko jest sztuką montażu. Ale tak jak mówię, mieliśmy świadomość, jaką historię opowiadamy, o czym traktuje i jakiej problematyki dotyka, więc było to z nami obecne. obecne - podsumował aktor.
−Artur Zaborski: Ostatnio bardzo selektywnie wybiera pan swoje role filmowe. Co pana skłoniło do udziału w projekcie Jana Holoubka?
−Bardzo dużo mówi się o formie tego filmu. Mnie jednak wydaje się, że esencją tego filmu jest przede wszystkim ciekawy sposób, w jaki opowiada o skomplikowanym momencie polskiej historii. Jak pan na to patrzy?
−Robert Więckiewicz: - Lepiej bym tego nie ujął, bardzo zgadzam się z tym, co pan powiedział. Siłą rzeczy to, co rzuca się w oczy na samym początku filmu, to ta forma, modnie określana dziś jako hybrydowość gatunkowa. Natomiast to, co jest pod spodem czasami w tych dyskusjach może nie tyle umyka, co jest traktowane drugoplanowo. A przecież te dwa elementy są ze sobą sprzężone. Cała gra toczyła się o to, żeby połączyć te dwa żywioły, nadać nową, mniej oczywistą formę na temat, który jest dosyć wyeksploatowany w kinie, znany widzom w różnych wersjach.
−- Filmów wojennych, filmów o Holokauście było mnóstwo. Myślę, że twórcy chcieli się pokusić o jakiś rodzaj eksperymentu, jak nazywa to reżyser Jan Holoubek. Pożenić wodę z ogniem, ten dotkliwy temat spróbować oświetlić inaczej, z innej strony, również pod kątem młodej widowni. Dynamika między tymi dwoma elementami jest tutaj ciekawa. Gdyby dyskusja poszła w tym kierunku, byłbym bardzo szczęśliwy.
−Interia rozmawiała z reżyserem, Janem Holoubkiem na Festiwalu Filmowym w Toronto. Powiedział wtedy, że najbardziej niepokojące jest dla niego to, że ten film niekoniecznie opowiada o przeszłości, ale jest komentarzem do dzisiejszej sytuacji geopolitycznej. Pan też tak sądzi?
−Mówi się, że kto nie zna historii skazany jest na jej powtarzanie. Dlatego mam nadzieję, że formą przemówicie do młodego widza. Czuliście pewnego rodzaju misję, żeby przywrócić im pamięć o tamtych czasach?
−Emocje zawarte w finale są bardzo silne. Sam nosiłem je w sobie bardzo długo. Czy ekipie, która robi dzieło o takiej tematyce, na planie też towarzyszy pewnego rodzaju poczucie wyjątkowości, refleksyjności?
−Robert Więckiewicz: Jest z tym bardzo różnie. Jeśli chcemy, żeby widz coś poczuł, żeby się wzruszył, my nie możemy sami tego robić. To jest stara prawda. Trzeba trzymać się scenariusza, konsekwentnie iść tą drogą, którą sobie wymyśliliśmy, wspólnie pracując nad postaciami. Oczywiście, niektóre bardziej emocjonalne sceny przypominają, jaką historię opowiadamy. Że nie jest to "Słoneczny patrol", ale dotykamy tragedii poszczególnych osób i całych narodów.
−Życzymy w takim razie widzom wspaniałych kinowych emocji i aby ta historia dotarła jak najdalej.
+Po wielkim triumfie "Heweliusza" Holoubek postanowił sięgnąć jeszcze głębiej w polską historię i pochylić się nad tematem narodowościowych napięć w Generalnym Gubernatorstwie podczas II wojny światowej.
+"Dziki, dziki wschód" to połączenie kryminału z elementami komedii i dramatem historycznym. Uwagę przykuwa oryginalna forma i antywojenny przekaz. Więckiewicz określił swój nowy film jako hybrydę gatunkową, której intrygująca warstwa wizualna łączy się z bardzo ważną z perspektywy historycznej opowieścią. - Cała gra toczyła się o to, żeby połączyć te dwa żywioły, nadać nową, mniej oczywistą formę na temat, który jest dosyć wyeksploatowany w kinie, znany widzom w różnych wersjach - powiedział Więckiewicz.
+Jak dodał, sami twórcy poniekąd nazywają swój nowy film pewnym eksperymentem i próbują naświetlić dotkliwy dla Polaków temat z innej strony, również pod kątem oczekiwań młodszych widzów. - Dynamika między tymi dwoma elementami jest tutaj ciekawa. Gdyby dyskusja poszła w tym kierunku, byłbym bardzo szczęśliwy - mówił.
+Reżyser Jan Holoubek wspominał w wywiadzie z Interią, że "Dziki, dziki wschód" boleśnie dogoniła skomplikowana sytuacja geopolityczna. Zwrócił uwagę, że żyjemy dziś w czasach, które pod wieloma względami przypominają fabułę jego filmu. Podobnie myśli o tym odtwórca głównej roli, Robert Więckiewicz.
+Widzowie często powtarzają, że to końcówka filmu wywołała w nich najwięcej silnych emocji. Robert Więckiewicz przyznał, że czasem na planie twórcom towarzyszyły podobnie refleksyjne momenty, jednak najważniejszy był dla nich profesjonalizm i dopracowanie dzieła do perfekcji tak, aby widz mógł wynieść z niego ważną lekcję.