← Wybory powszechne w Bośni i Hercegowinie
OKO.press · ciche edycje po publikacji · oko.press ↗

Bośnia: Unia nie zaczyna się od niebieskiej flagi, ale od tego, że ktoś sprawdza rachunki

1 zmiana po publikacji w ciągu 88 h 50 min: 89 dopisanych.

Pokazujemy każdą zmianę, jaką zaobserwowaliśmy między kolejnymi zapisami artykułu (2 zapisy, pierwszy 04.10 o 18:10). Godzina zmiany to przedział między dwoma zapisami, nie moment edycji w redakcji.

Oś zmian · kiedy zmieniano i gdzie artykuł był wtedy na stronie głównej

04.10 17:55 08.10 11:01
treść i dopisania 11:01
każda kreska to jedna zaobserwowana zmiana — kliknij, by do niej przejść pozycja na stronie głównej: niżej → czołówka (górne 5%)

Zmiany · 1 zapis ze zmianami, najnowsze u góry

usunięte słowa dodane słowa ± akapit zmieniony + akapit dopisany − akapit usunięty

  1. 04.10 18:10–08.10 11:01 · dopisanie · 89 akapitów, 2657 słów rozwiń
    1. Treść

      +Bo tutaj można być obywatelem, a jednocześnie należeć do kategorii, która w konstytucji nazywa się „others” – „inni”. „To Romowie i Żydzi, ale też 15 innych grup etnicznych (w tym też Polacy).

      +Bośniacka konstytucja powstała jako część porozumienia z Dayton, które w 1995 roku zakończyło okrutną wojnę na Bałkanach. Trzeba było zbudować pokój między trzema walczącymi narodami, więc państwo zbudowano wokół trzech „narodów konstytutywnych”: Boszniaków, Serbów i Chorwatów. System miał zatrzymać wojnę – 31 lat później wciąż aktywnie organizuje życie polityczne tego niewielkiego kraju.

      +Najprościej: na najwyższych piętrach państwa są krzesła podpisane nazwami narodów.

      +Prezydencja Bośni i Hercegowiny ma trzy miejsca: dla Boszniaka, Chorwata i Serba. Również 15 miejsc w państwowej Izbie Narodów rozdzielono między te trzy grupy. Jeżeli nie chcesz określać się jako przedstawiciel któregoś z trzech narodów, nie możesz kandydować na te stanowiska.

      +Możesz głosować, możesz zostać radnym, możesz pracować w administracji, możesz płacić podatki. Ale prezydentem nie zostaniesz.

      +W 2006 roku Rom Dervo Sejdić i Żyd Jakob Finci złożyli skargi do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Trzy lata później wygrali. Wielka Izba Trybunału uznała, że takie wykluczenie jest jawną dyskryminacją.

      +Był grudzień 2009 roku. Od tego czasu Bośnia przeprowadziła kolejne wybory. I kolejne. I kolejne. A konstytucyjne krzesła nadal mają te same etykietki.

      +Zapewnienie równości i niedyskryminacji obywateli znalazło się wśród 14 kluczowych priorytetów wyznaczonych Bośni przez Komisję Europejską, W raporcie za 2025 rok Komisja ponownie stwierdziła, że kraj potrzebuje reform konstytucyjnych.

      +Dragan Joković jest tak wysoki, że aż trudno mi się patrzy w jego oczy. I bardzo dużo pali. Co rozpoczynamy kolejny trudny temat, to on odpala kolejnego papierosa.

      +Jeździmy i chodzimy po okolicach Bijeljiny, miasta na północno-wschodnim krańcu Bośni. Dragan kieruje “Otaharinem”, organizacją pracującą z Romami. Opowiada o szkołach, pracy, politykach, unijnych raportach, kupowaniu głosów, dyskryminacji. Z największym przekonaniem mówi jednak o tym, że Bośnia jest społeczeństwem “przedpolitycznym”.

      +Zastanawia się chwilę, jaka instytucja w kraju działa. – Może poczta?

      +Myślę sobie, że to szczególne słowa właśnie tutaj. Burmistrz Bijeljiny Ljubiša Petrović został dwukrotnie wyróżniony przez Unię Europejską tytułem “Most Roma Friendly Mayor”. W uzasadnieniu można przeczytać o wspieraniu romskich dzieci w edukacji, zatrudnianiu Romów, walce z antycyganizmem i Agro-Planie – przedsiębiorstwie społecznym, które za chwilę Dragan pokaże mi na obrzeżach miasta.

      +Nie mówi, że to wszystko jest nieprawdą. Mówi coś chyba trudniejszego: że projekt, nagroda i dobra polityka lokalna mogą istnieć jednocześnie ze społeczeństwem, którego podstawowe instytucje pozostają bardzo słabe. I że dotyczy to również pomocy z zewnątrz.

      +Przywołuje wielkie protesty w Banja Luce po śmierci 21-letniego Davida Dragičevicia w 2018 roku. Tysiące ludzi wychodziły wtedy na ulice, domagając się wyjaśnienia tajemniczych okoliczności jego śmierci. Bezskutecznie. Dlatego irytuje go zachodnia rada, która – według niego – brzmi mniej więcej: coś wam się nie podoba? To protestujcie! – To kolonialna hipokryzja – mówi.

      +– Bo żeby obywatelski protest coś znaczył – tłumaczy – nie wystarczy powiedzieć ludziom, żeby wyszli na ulicę. Potrzebne są instytucje, które jakoś na to zareagują, media, które opiszą sprawę, ale i będą mogły patrzeć władzy na ręce, sądy, którym można zaufać, społeczeństwo, które wierzy, że działanie ma sens.

      +Dragan gasi papierosa. Jedziemy oglądać postęp. Najpierw mijamy jedną romską Bijeljinę. Tę, która wyjechała do Niemiec. Romowie zarabiają tam, wracają tutaj na kilka tygodni i budują domy. Duże, piętrowe, czasem z błyszczącymi ogrodzeniami, złotymi jak biżuteria. Potem zaczyna się druga romska Bijeljina. Tutaj ludzie zostali. Zbierają złom, pracują dorywczo, biorą roboty, których inni nie chcą.

      +Kończy się trasa autobusu, samochodów nikt tutaj nie ma. Asfalt ustępuje kurzowi. Samochód podrywa go spod kół, przez chwilę wisi za nami w powietrzu.

      +Za rzeczką pojawiają się domy. To osiedle zbudowane dla kilkunastu najbiedniejszych romskich rodzin. Daleko od miasta, pracy i transportu. Kurz osiada na samochodzie, płocie, butach.

      +Właśnie tutaj “Otaharin” od 2017 roku prowadzi projekt rolniczy. Za zardzewiałym ogrodzeniem stoją szklarnie. W środku jest zielono i wilgotno, rosną pomidory i truskawki.

      +Vesida, która zarządza projektem, nalewa mi ajran i sok pomidorowy. Projekt daje pracę kilku osobom. A chętnych jest oczywiście znacznie więcej. – Właściwie – mówi Vesida – pracować chcieliby wszyscy.

      +Szklarnie oddziela od osiedla zardzewiała siatka. Po drugiej stronie pojawiają się dzieci. Dragan podchodzi do grządki, zrywa kilka truskawek. Dzieci podchodzą bliżej. Wyciąga rękę przez oczko w siatce i podaje im owoce, po jednej truskawce. Przez chwilę patrzę tylko na tę rękę.

      +Kilka kilometrów dalej rozmawiamy o europejskich programach, strategiach, wskaźnikach i progress reports. Tutaj postęp mieści się między dwoma drutami zardzewiałej siatki i ma smak truskawki.

      +Dragan zapala kolejnego papierosa.

      +- Oni nie chcą do Unii – mówi Dragan. Nie mówi: nie potrafią. Nie mówi: potrzebują więcej czasu. Bo Unia nie zaczyna się od niebieskiej flagi, ale od tego, że ktoś sprawdza rachunki. Że za decyzję trzeba odpowiadać. Że nie można w nieskończoność obiecywać reform, ustalać kolejny terminu i niczego nie zmieniać.

      +Zaciąga się papierosem. I wtedy rozumiem, dlaczego, kiedy pytam go o prawa Romów, Dragan wciąż odpowiada mi o całym państwie.

      +Bo po co naprawiać prawa mniejszości w systemie, którego większości polityków wcale nie opłaca się naprawiać? Zmieniać konstytucję? Ruszać Sejdić–Finci? Zmieniać reguły gry, jeśli obecne pozwalają grającym zostać dokładnie tam, gdzie są?

      +- Show me your progress – mówi Dragan. – No, pokażcie mi ten postęp.

      +W raporcie Komisji Europejskiej za 2025 rok przy walce z korupcją widnieje: „no progress”. Komisja ponownie pisze też o konieczności zmian konstytucyjnych zapewniających wszystkim obywatelom polityczną równość i niedyskryminację. Kilkadziesiąt metrów dalej dzieci wciąż stoją po drugiej stronie siatki. Przez płot można podać truskawkę. Konstytucji nie.

      +Nedžad Jusić od 12 lat jest radnym miejskim w Tuzli. – Wiem, jaka jest siła podejmowania decyzji.

      +Kiedyś w radzie było 31 radnych – 15 głosów po jednej stronie, 15 po drugiej. Nedžad, Rom, był trzydziesty pierwszy. – To romska ręka decydowała! – mówi z dumą.

      +Ale jego historia zaczęła się wcześniej.

      +Ojciec, urodzony w latach 30., skończył szkołę, a w 1969 został szefem Czerwonego Krzyża w Tuzli. Matka, też Romka, też skończyła szkołę, w czasach gdy może połowa dziewczyn w całym kraju kończyła szkołę. To ona naciskała na edukację dzieci. Nedžad mówi o niej jak o rodzinnej sile napędowej: uczyły się jej siostry, bracia, potem następne pokolenie.

      +Przy stole siedzą dowody: Admir Bibinović pracuje w wydziale kryminalnym policji. Jest jednym z pięciu romskich policjantów w kraju. Obok niego siedzi Zyad. Piłkarz klubu FC Salines Tuzla.

      +Przy tym stole przykład przechodzi z ręki do ręki jak butelka rakiji. Ojciec pokazuje synowi. Siostra bratu. Wuj siostrzeńcowi. Policjant córce.

      +Pytam więc Nedžada, czy romski prezydent Bośni coś by zmienił.

      +- Nic – mówi. Łatwo z zewnątrz wymyślić piękną historię: romskie dziecko patrzy na romskiego prezydenta i po raz pierwszy wie, że może zostać, kim tylko chce. Nedžad sprowadza mnie na ziemię. Mówi, że przez całe życie musiał pracować pięć razy więcej, żeby udowodnić, że jest równie dobry, jak nieromski kolega. Chce Romów tam, gdzie zapadają decyzje, ale nie dlatego, że dobrze wyglądają na plakacie. Chodzi o rękę numer 31.

      +Dwadzieścia minut od tego stołu istnieje inna odpowiedź na pytanie o reprezentację. Kiseljak pod Tuzlą. Śmieci leżą tam, gdzie akurat przestały być komuś potrzebne: przy drodze, pod płotem, między domami. Mieszkańcy mówią, że w całej okolicy nie ma ani jednego kontenera, ani jednego kosza. Niedaleko jest jezioro Modrac. Kiedyś przyjeżdżali tu turyści, mówią. Teraz część jeziora wyschła, a nad okolicą krążą komary. Krajobraz wygląda trochę jak obietnica, której nikt formalnie nie odwołał, tylko z czasem przestał spełniać.

      +Uśmiechnięty Salko ma na podwórku kilka szczeniaków i dwutygodniowe dziecko. Jego żona wygląda tak młodo, że przez chwilę myślę o mojej 15-letniej córce.

      +Rozmawiamy oczywiście o wyborach. Mieszkańcy mówią, że pójdą i skreślą wszystkie nazwiska na liście. Żeby nikt nie mógł zagłosować za nich.

      +- Przed wyborami podjeżdżają tutaj duże auta i mówią: „Drodzy Romowie”. A zaraz po wyborach: „Cyganie, wypierdalać”.

      +A co z polityczną reprezentacją? Nie muszą mieć Roma jako swojego przedstawiciela.

      +Pytam jedną z kobiet, co zrobiłaby, gdyby została prezydentką. Patrzy na mnie zdziwiona. – Zmieniłabym synową.

      +Wybuchamy śmiechem. I właśnie wtedy sprawa Sejdić–Finci wraca do swoich rzeczywistych rozmiarów:

      +Strasburg mówi: masz prawo kandydować.

      +Kiseljak odpowiada: dobrze, ale gdzie jest kontener na śmieci?

      +Trybunał mówi: równość polityczna.

      +Tutaj ktoś pyta o choćby najgorzej płatną pracę. O szkołę. O drogę. Ktoś inny o azyl w Berlinie. Niektórzy mieszkańcy nie wiedzą nawet, że konstytucja nie pozwala im kandydować do Prezydencji. Trudno przeżywać odebranie prawa do stanowiska, o którym nigdy nie pomyślało się jako o własnym.

      +Wracam do Sarajewa. Tutaj nie da się uciec od twarzy. Kampania wyborcza wisi na latarniach, ścianach, płotach i billboardach. Dla niewtajemniczonego to dżungla: 4 października mieszkańcy Bośni i Hercegowiny wybierają jednocześnie przedstawicieli kilku szczebli władzy. W zależności od miejsca głosują między innymi na członków trzyosobowej Prezydencji, państwową Izbę Reprezentantów, parlamenty obu części kraju oraz zgromadzenia kantonalne w Federacji.

      +Bośnia idzie do urn po jednym z najbardziej burzliwych okresów politycznych ostatnich lat. Milorad Dodik, przez lata najpotężniejszy polityk Republiki Serbskiej, stracił w 2025 roku urząd jej prezydenta po prawomocnym wyroku sądu. Jego SNSD pozostał jednak jedną z głównych sił politycznych kraju. Wcześniej rozpadła się koalicja rządząca na poziomie państwa, a nowej większości nie udało się zbudować.

      +Obserwatorzy OBWE piszą przed tymi wyborami wprost: kandydaci zwracają się przede wszystkim do własnych wspólnot etnicznych. SNSD mówi o obronie Republiki Serbskiej, partie chorwackie o politycznej reprezentacji Chorwatów, partie boszniackie o wzmacnianiu państwa i pozycji Boszniaków.

      +Idę przez Sarajewo, patrzę na kolejne twarze i myślę o jednej, której na tych plakatach nie ma.

      +Rozmawialiśmy zaledwie kilka dni wcześniej w jego przytulnym biurze w centrum miasta. W 2009 roku wygrał ze swoim państwem w Strasburgu. Rok później napisał do Centralnej Komisji Wyborczej. Wiedział, że wyroku jeszcze nie wykonano, ale zapytał: czy w jego duchu może zgłosić swoją kandydaturę do Prezydencji?

      +Odpowiedź, jak ją dziś pamięta, brzmiała mniej więcej tak: może pan przyjść, może pan złożyć dokumenty. Konstytucja i ordynacja wyborcza dadzą panu odpowiedź. W skrócie: nie.

      +Siedemnaście lat później pytam go:

      +- Gdyby wtedy wykonano wyrok, może dzisiaj pana twarz wisiałaby na tych plakatach. Myśli pan czasem o tym?

      +Bośnia i Hercegowina ma obowiązek wykonać wyrok ETPCz, a wykonanie nadzoruje Komitet Ministrów Rady Europy. Sprawa Sejdić–Finci wraca więc przed Komitet od lat.

      +Zapytałam Radę Europy, co właściwie znaczy 17 lat czekania. W odpowiedzi, którą dostałam, nie ma wiele dyplomatycznego miejsca na interpretację: „Dalsze utrzymywanie dyskryminacyjnego systemu wyborczego narusza Europejską Konwencję Praw Człowieka. Odpowiedzialność za zmianę konstytucji i prawa wyborczego spoczywa na władzach Bośni i Hercegowiny. Komitet Ministrów będzie nadzorował sprawę aż do pełnego wykonania wyroków”.

      +Almir ma mocne rysy twarzy, ogoloną głowę, wąskie wąsy i małą, starannie przyciętą bródkę. Nieskazitelnie biały golf. Mocne perfumy. Mówi szybko, ostro, czasem wyrzuca z siebie zdania, jakby długo czekały na swoją kolej. Ale gniew ma poukładany. Almir nie tylko się złości. Rozbiera rzeczy na części, szuka mechanizmu, chce wiedzieć, skąd się wzięły.

      +Miał siedem lat, kiedy kilku chłopców wsadziło go do bagażnika samochodu. Bo był Romem. Jeszcze nie bardzo rozumiał, co to znaczy. Lubił rysować. Znał kolory: czerwony, zielony, brązowy. Kiedy po tamtym zdarzeniu robił pracę domową, narysował siebie z brązową twarzą. Tyle rozumiał.

      +Dopiero później matka wyjaśniła mu, że są Romami. I że nie wszyscy Romów lubią.

      +Po latach Almir – już poeta, artysta i aktywista – sprzątał mieszkanie. Matka zachowała jego dziecięce rysunki. Znalazł także ten. Patrzył na brązową twarz siedmioletniego siebie. – Pomyślałem: what the fuck?

      +Z tego między innymi powstała później wystawa „U Sarajevu sve po starom” – „W Sarajewie wszystko po staremu”. Almir zaczął grzebać w archiwach. Z innymi badaczami znajdowali stare teksty o „Cyganach”, opowieści o ludziach przeklętych, pseudonaukowe pomiary czaszek. Potem wrócili do współczesnych mediów.

      +- Dziś można napisać poprawnie „Rom”, a potem zbudować zdanie dokładnie tak samo jak sto lat wcześniej – tłumaczy. – Przestępstwo popełnił Rom, kłopot sprawił Rom, coś zrobił „romski mężczyzna”, choć jego pochodzenie nie ma dla tej historii żadnego znaczenia.

      +Almir mówi, że nienawiść jest paliwem. – Oni, politycy, potrzebują nienawiści, żeby działać.

      +Po jednej z audycji radiowych czytał komentarze pod swoim wystąpieniem. Zalała go fala nienawiści, także życzenia śmierci.

      +Pytam Almira, kiedy Romowie bywają w Bośni naprawdę równi. Śmieje się.

      +- Yyyy... może kiedy płacą podatki? – Obowiązki są równe. Prawa – rzadko.

      +- Jesteśmy częścią tego społeczeństwa – mówi Almir – Gdyby Romowie jutro zniknęli, ten kraj nie byłby już taki sam – Zaczyna wyliczać. Artyści. Nauczyciele. Dziennikarze. Ludzie, których spotykasz w pracy, na ulicy, w szkole. – My nie jesteśmy obok Bośni. Jesteśmy częścią jej tożsamości.

      +Mówi też coś, co podczas mojej podróży po Bośni słyszę w różnych wersjach:

      +– Największy problem jest taki, że nad sprawami Romów pracują i decydują o nich ludzie, którzy nie są Romami, i myślą, że wiedzą wszystko. A nie wiedzą.

      +Żeby trafić do Muhavery, trzeba zostawić Ilijaš za sobą i jechać pod górę. Potem jeszcze dalej. W pewnym momencie kończy się miasto, potem transport, potem właściwie wszystko, co można by nazwać jego strefą opieki. “End of care zone” – mówi Muhavera, a ja zapisuję to sobie w notesie.

      +Czternaście lat temu władze zbudowały tutaj osiedle i przeniosły do niego około 12 dużych romskich rodzin. Muhavera mówi, że wybór był właściwie żaden: albo tutaj, albo musieliby zamieszkać na ulicy.

      +Stoimy wysoko nad Ilijašem. Muhavera i Jasmina próbują mi pokazać, gdzie właściwie zaczyna się osiedle. – Tam – mówią. Patrzę tam, gdzie prowadzą ich palce. Jedno wzgórze. Drugie. Jeszcze jedno. – Nie, dalej. Za tamtym.

      +Bośnia jest stąd przepiękna. Zielone wzgórza nachodzą na siebie, domy robią się coraz mniejsze, droga znika między drzewami.

      +Do miasta są długie kilometry, pieszo około półtorej godziny. Na początku nie było nawet porządnej drogi. Autobusu nie ma do dziś, wciąż jest daleko do sklepu, daleko do szkoły. Tak, ktoś w osiedlu ma samochód. Za podwiezienie żąda fortuny. A potem – mówi Muhavera – ludzie z miasta pytają, dlaczego romskie dzieci nie chodzą do szkoły?!

      +Uważa, że osiedle powstało tak daleko właśnie po to, żeby Romów usunąć z pola widzenia miasta. Ma 52 lata, różowe paznokcie, ułożone włosy, piękne białe zęby, czyste klapki. Wszystko staranne. – Ludzie patrzą na mnie przez te paznokcie, wiesz? – mówi. Widzą kobietę, która o siebie dba. Nie widzą tego, czego im nie pokazuje.

      +- Mojego smutku. Choroby. Tego, co przeszłam. – Opowiada o brutalnej przemocy w poprzednim małżeństwie. Potem pokazuje mi zdjęcia syna. – Walczę dla niego. Jestem silna tylko ze strachu.

      +Obok stoi Jasmina, w koronkowej bluzce, z łańcuszkiem na szyi. Pokazuje zdjęcie wnuczki. Mam wrażenie, że patrzę na najmłodszą babcię, jaką w życiu spotkałam.

      +Opowiadają mi o tym, że przed wyborami odległość od miasta nagle się skraca. Politycy jakoś znajdują drogę przez wszystkie te wzgórza. Przyjeżdżają. Obiecują mieszkania, pomoc socjalną, książki, wyposażenie dla dzieci do szkoły.

      +- Mogę oddać głos za coś dobrego – mówi. – Tylko potem powinni coś zrobić, prawda?

      +Problem zaczyna się później. – Wybory się kończą i droga do nas znowu robi się długa – mówi.

      +Jest jeszcze jedna perspektywa. Żydowska organizacja pomocowa La Benevolencija działa w Bośni od 1892 roku. Przetrwała imperium, dwie wojny światowe, Jugosławię, oblężenie Sarajewa i kolejne państwowe porządki. Dziś kieruje nią Vladimir Andrle, przedstawiciel młodszego pokolenia sarajewskiej społeczności żydowskiej. W 2022 roku zastąpił na tym stanowisku Jakoba Finciego.

      +Vladimir mówi mi coś, czego nie powiedział żaden z moich romskich rozmówców. Problem nie polega wyłącznie na tym, że mniejszości mają mniej praw. Chodzi również o to, czego taki system uczy większość: jeżeli państwo zapisuje, że najwyższe stanowiska należą do trzech określonych grup, nierówność z czasem przestaje wyglądać jak nierówność. Staje się porządkiem rzeczy.

      +- Kiedy mówimy o takich samych prawach dla mniejszości, ludzie z trzech głównych grup słyszą to tak, jakby mniejszości domagały się większych praw – mówi. – W Bośni równe prawa zaczęły znaczyć „więcej praw”.

      +Na budynkach bośniackich instytucji wiszą obok siebie dwie niebieskie flagi. Bośniacka: z żółtym trójkątem i gwiazdami. Unijna: z kręgiem dwunastu gwiazd. Z daleka można je nawet pomylić.

      +Od 2023 roku tak ma być oficjalnie. Rada Ministrów zdecydowała, że flaga Unii będzie towarzyszyć bośniackiej jako znak przywiązania kraju do europejskich wartości: demokracji, równości, niedyskryminacji i praw mniejszości.

      +4 października odbywają się wybory. Potem zostaną policzone głosy, ogłoszone wyniki, zdjęte plakaty.

      +we współpracy z Daliborem Taniciem

      +Reportaż powstał dzięki wsparciu BIRN w ramach programu Reporting Democracy