±Dlaczego trener nie chce teraz podjąć rozmów o rozwiązaniu umowy? - Trener stoi na swoim stanowisku, że dopóki nie znajdzie pracodawcy, to swojej kontrpropozycji do moich ofert polubownego rozwiązania umowy nie przedstawi.Czy ewentualne odejście trenera Ginzburga sprawi, że Anwilowi otworzą się opcje do wzmocnienia składu? Domyślam się, że kontrakt z trenerem jest wliczony w budżet przeznaczony na wynagrodzenia zawodników / sztabu. - Karolu, ciągniesz mnie za język, a ja za bardzo nie chcę wchodzić w szczegóły. Potwierdzam jednak, że założyliśmy w budżecie na drużynę wynagrodzenie trenera Ginzburga. Liczę, że w pewnym momencie osiągniemy porozumienie. Jeśli to rozwiązanie nastąpi szybciej niż przypuszczamy, to wtedy zwolnią się pewne środki na ewentualne wzmocnienia. Na dziś jedno jest pewne: dopóki nie osiągniemy porozumienia, zwiększanie budżetu na zespół nie jest możliwe.
±Pociągnę wątek polskich zawodników, bo latem nie udało wam się nakłonić do współpracy gracza z "dużym nazwiskiem", choć wiem, że rozmawialiście z Kamińskim, Garbaczem, Wilczkiem czy Kłaczkiem. Dlaczego się nie udało? Jakie czynniki stanęły na przeszkodzie?- - Myślę, że każdy zawodnik miał inne pobudki. Grzegorz Kamiński sam przyznał w jednym z wywiadów, że pozostanie w Dzikach Warszawa to był dla niego no-brainer - miał pewną rolę, a klub walczył w eliminacjach Ligi Mistrzów. Brak występów w europejskich pucharach pod egidą FIBA na pewno nam nie pomagał w rozmowach z graczami, którzy chcieli grać na dwóch frontach. Maks Wilczek oczekiwał dużych minut. Wierzy, że pod ręką trenera Srdjana Suboticia zrobi kolejny krok i wyjedzie do Stanów Zjednoczonych. Kacper Kłaczek również akcentował potrzebę ważnej roli w zespole.
±Wiemy, że dyrektor Leo De Rycke obrał strategię: "nie przepłacamy Polaków".- - Chciałbym zadać kłam twierdzeniom, że dyrektor Leo De Rycke po prostu zacisnął sakiewkę i nie chciał wydawać pieniędzy na Polaków. Takie ujęcie tematu to uproszczenie. Nie chcieliśmy przepłacać graczy, co do których mieliśmy jasno sprecyzowaną optykę i znamy ich wartość rynkową. Mogę zdradzić, że czołowi polscy gracze oczekiwali kontraktów rzędu 200 tysięcy dolarów - przeliczając na złotówki mówimy o ogromnych kwotach. W całej lidze takich graczy można policzyć na palcach jednej ręki. Żaden z naszych obcokrajowców tyle nie zarabia. Nie chcąc się więc na to zgodzić, uznaliśmy, że musimy wybrać inną drogę. Ta "inna droga" to była jednak wspólna strategia duetu, który odpowiadał za konstrukcję składu.
±Pamiętam rozmowę z Przemkiem Frasunkiewiczem, który opowiadał, jak to funkcjonuje w Rostock Seawolves. Wspominał, że rolą prezesa w jego klubie jest szukanie sponsorów i dbanie o relacje biznesowe, natomiast sprawami czysto sportowymi i budową składu zajmują się dyrektor sportowy z trenerem. Dzięki temu trener może skupić się wyłącznie na przygotowaniu zespołu do kolejnego rywala, zamiast przez 24 godziny na dobę przeczesywać rynek wolnych zawodników. Leo ma olbrzymie doświadczenie i jego wskazówki są bardzo cenne. W mojej ocenie ta współpraca z trenerem Bosniciem układa się bardzo dobrze. A finalna ocena? Przyjdzie po sezonie.Od maja pełni pan funkcję prezesa Anwilu Włocławek. Jak jest? Panu się podoba nowa rola w klubie? sezonie.
±- Mierzę się z całkowicie nowymi wyzwaniami. Zarządzanie tak dużą organizacją, budżetem, ludźmi oraz reagowanie w sytuacjach kryzysowych - jak kontuzje na samym początku okresu przygotowawczego - to dla mnie szkoła bojowa. Uczę się tego każdego dnia. Jest we mnie jednak ogromna ekscytacja i determinacja. Mam wokół siebie zespół pracowników, którzy świetnie znają się na swojej robocie. Mamy wspólne cele i dobrą energię. Wierzę, że dostarczymy kibicom we Włocławku jeszcze wiele powodów do dumy.Co w ostatnich miesiącach udało się zrobić w klubie? dumy.
±- Zacznę od zmian w back-office. Ten został mocno przebudowany, począwszy od zatrudnienia dyrektora sportowego Leo De Rycke, który aktywnie uczestniczył w procesie wyboru trenera, a następnie budowania składu. Rzeczywiście ta część w dużej mierze została zdjęta z mojej głowy. W sprawach kontraktowych uczestniczył także Filip Brylski, która zdobywa coraz większe doświadczenie.Cieszę Cieszę się, że udało się w miarę szybko namówić Michała Fałkowskiego na powrót. Chciałem mieć u boku osobę zaufaną, znającą środowisko włocławskie. Wiadomo, że Michał uczy się tej nowej roli i sam mówi, że mimo iż pracowaliśmy obok siebie, nie zdawał sobie sprawy, jak wiele obowiązków leży na głowie dyrektora klubu. Organizacja dnia meczowego, marketing, sponsorzy, spotkania biznesowe to kluczowe zadania, ale jest też wiele innych, pomniejszych spraw dnia codziennego.
±Poza zatrudnieniem nowych osób, nie bez echa przeszły nasze pomysły marketingowe. Kawałki podłogi, które rozdawaliśmy naszym kibicom, zyskały uznanie w środowisku, jako fajny pomysł na danie drugiego życia zużytym deskom z Hali Mistrzów. Dzięki intensywnej pracy naszej ekipy od merczu - od pierwszego meczu ligowego - w ofercie sklepu kibica znalazła się nowa kolekcja odzieży naszej marki Rottwear, a także koszulki meczowe, które trafiły w gusta kibiców.Wracając do spraw budżetowych. Czy główny właściciel w postaci miasta Włocławek może zwiększyć finansowanie? - Myślę, że to pytanie należy skierować bezpośrednio do włodarza miasta i wielkiego kibica koszykówki, pana prezydenta Krzysztofa Kukuckiego. Nie jestem odpowiednią osobą, by wypowiadać się w jego imieniu. To, co pada też w naszych rozmowach, musi pozostać tajemnicą. Wiem, że inne miasta i ośrodki sukcesywnie zwiększają wsparcie dla swoich drużyn. Czy to samo uczyni Włocławek? Takie decyzje należą także do radnych, bo takie rozstrzygnięcia zapadają na sesjach Rady Miasta przy uchwalaniu budżetu na 2027 rok. Jeśli chodzi o rok 2026, właśnie podpisałem umowę na promocję miasta Włocławek, więc wszystkie zaplanowane środki na obecny rok - zarówno te z umowy promocyjnej, jak i z dotacji - do nas trafią.Grzegorz Szybieniecki ostatnio zauważył, że w trakcie pierwszego meczu ligowego na samym parkiecie nie było żadnych reklam. Jak pan to skomentuje? - Muszę rozczarować Grzegorza - nie był to element szerszej strategii (śmiech). Brak naklejek oznaczałby brak środków w budżecie, a tego żaden kibic chyba by nie chciał. To jest kwestia tego, o czym wspomniałem wcześniej. Pewne umowy dopięliśmy szybciej, inne później, a w przypadku jeszcze innych jesteśmy w trakcie rozmów. Na meczu z Górnikiem tych naklejek rzeczywiście jeszcze nie było, ale np. na meczu z Energą Czarnymi ponownie kibice mogli ujrzeć logo firmy Terbud. Co to oznacza? Kolejną ważną dla klubu umowę i kontynuację blisko 30. letniej współpracy! To ewenement, bo mówimy o firmie prywatnej. trafią.
±Słyszałem, że chcecie też sprzedawać poszczególne mecze, tak? Czym jest inicjatywa "Partner Meczu"? - Obok naszych standardowych pakietów sponsorskich, wspólnie z Michałem Fałkowskim do naszej standardowej oferty sponsoringowej dołożyliśmy ideę "Partnera Meczu". To format skierowany do firm i włocławskich instytucji, które chcą na własne oczy przekonać się, z czym wiąże się sponsoring klubu koszykarskiego i zwiększyć rozpoznawalność swoich produktów czy usług wśród naszych kibiców.
−Nie można jednak zapominać, że koszty funkcjonowania każdej firmy, czyli także organizacji sportowej, ciągle rosną. Około 55% naszego budżetu przychodowego przeznaczamy na wynagrodzenia zespołu - zawodników, trenerów, prowizje agentów. Pozostałą część stanowią inne koszty utrzymania zespołu, logistyka, organizacja meczu, a także inwestowanie np. w sprzęt czy akcje marketingowe. To jest taki zdrowy rozsądek w zarządzaniu, żeby zbilansować organizację na odpowiednim poziomie.Porównajmy kwotę wydaną na zespół w tym i w poprzednim sezonie. Rozumiem, że w obecnym roku ta kwota na zespół jest niższa? - Tak. Zespół został zbudowany za kilkanaście procent mniejszą kwotę niż przed poprzednim sezonem.Uprzedzając kolejne pytanie. Duet De Rycke - Bosnić nie wykorzystał w pełni zaproponowanego im budżetu przed startem rozgrywek, dlatego pozyskaliśmy siódmego obcokrajowca w postaci Deona Edwina.Wiem, że po stronie kosztów ogromną pozycją jest kontrakt Ronena Ginzburga. Jak wygląda sprawa ewentualnego rozwiązania umowy z izraelskim szkoleniowcem? - Rozmowy trwają. Nieustannie wywieram presję na agenta trenera i jego samego. Trener zapewnia, że poszukuje pracy. Nie chce zrobić sobie roku przerwy. Chce wrócić na rynek i liczy, że otworzą mu się opcje wraz z rozpoczęciem rozgrywek i zmianami w poszczególnych drużynach. Podtrzymuje to, że do rozmów o ostatecznym, polubownym rozwiązaniu umowy usiądziemy w momencie, w którym będzie miał nowego pracodawcę.
−My marzymy, ale o tych marzeniach głośno nie mówimy. Mówimy o celu minimalnym, jakim jest powrót do fazy play-off - najlepiej poprzez TOP6, bo faza play-in jest bardzo ryzykowna, co pokazał poprzedni sezon. Nerwy były wyczuwalne i okazało się, że nie wytrzymaliśmy tej próby. Myślę, że mamy prawo aspirować do tej górnej szóstki, a w play-off wszystko jest możliwe.Mówi pan, że "mamy prawo aspirować" do bycia w TOP6. Czy jest pan zdania, że ten skład zbudowany przez duet Leo De Rycke - Vedran Bosnić daje taką gwarancję? Przyznam szczerze: ja takiej pewności nie mam. Ten skład nie do końca mnie przekonuje. - Uważam, że żaden skład nie daje gwarancji sukcesu. Gdy do Victora Sandersa dołożyliśmy Tomasa Kyzlinka, wydawało się, że mamy wielki skład, a nie awansowaliśmy nawet do półfinału. A z kolei skład zbudowany przez Przemka Frasunkiewicza dwa sezony wcześniej za dużo mniejsze pieniądze - z Jonah Mathewsem, Jamesem Bellem czy jeszcze nieznanym Luke'iem Petrasekiem - dał nam brąz i triumf w ENBL.Powtórzę tu słowa trenera Bosnicia, który od samego początku podkreśla: ważne jest zbudowanie prawdziwej drużyny, a nie zebranie z rynku najlepszych indywidualnie zawodników. Każdy musi mieć wyraźnie podzielone role. To podobało mi się w budowaniu zespołów u Igora Milicicia, czy u Przemka Frasunkiewicza. Przypomnę nazwiska Sebastiana Kowalczyka, Aleksa Olesińskiego czy Marcina Woronieckiego - to byli gracze, którzy mieli ściśle określone zadania. Liderzy dostawali dużą rolę i pewność siebie, a zadaniowcy mieli im pomagać.
−Finalnie obraliśmy więc inną koncepcję budowania składu. Czy gorszą? To zobaczymy na koniec sezonu. Na ten moment cieszymy się, że mamy Szymona Wójcika, Mateusza Szlachetkę, Adama Brenka, który jest w dużej roli w rotacji i chyba najbardziej naturalnie wszedł w tę aurę kochaną przez kibiców: "DNA Rottweilera". Zobaczymy, jak ten skład się zaprezentuje w kolejnych miesiącach.Czy w trakcie tych rozmów na temat budowy polskiego składu wtrącił pan swoją uwagę na zasadzie: "Panowie, ale my potrzebujemy dużego nazwiska"? - Przy podpisywaniu kolejnych kontraktów za każdym razem chciałem poznać motywacje, dla których z pewnych opcji rezygnujemy, a na inne stawiamy. Zostawiłem jednak autonomię w działaniu Vedranowi i Leo. Obaj zawsze racjonalnie tłumaczyli swoje wybory. Zbudowaliśmy zespół według innego planu, niż w latach poprzednich. Nawet jeśli ktoś sądzi, że te nazwiska nie rozpalają wyobraźni na papierze, to ja jednak przypomnę, że w składzie mamy chociażby dwóch reprezentantów Belgii z pierwszej piątki z ostatnich mistrzostw Europy.Czy oczekiwaliście większego szumu przy ogłoszeniu tych nazwisk?- Wydaje mi się, że po poprzednich latach to bardziej środowisko oczekiwało głośnych nazwisk w naszym składzie. Widzimy, że transfer Manu Lecomte nie jest aż tak bardzo hype'owany, mimo że dwa lata temu pod jego wodzą PGE Start Lublin zaszedł aż do wielkiego finału. Jak to mawia trener Griszczuk: "Ciszej jedziesz, dalej zajedziesz ". Czyli mniej gadania, więcej pracy. Wierzę w to, że choć rzeczywiście nie jesteśmy stawiani w roli faworytów, to rola underdoga jest czymś, w czym czujemy się dobrze.Jak wygląda codzienna praca Leo De Rycke? Czym zajmuje się dyrektor sportowy? - Leo De Rycke zarządza potencjałem kadrowym zespołu wspólnie z trenerem - rozmawia z zawodnikami, jest w ciągłym kontakcie ze sztabem i na bieżąco monitoruje rynek. Błyskawiczna reakcja na kontuzję i zakontraktowanie Deona Edwina w ciągu 48 godzin to właśnie taki bardzo namacalny efekt jego pracy. Dyrektor sportowy musi trzymać rękę na pulsie, by w razie potrzeby natychmiast przedstawić szkoleniowcowi listę dostępnych graczy w ramach założonego budżetu.
+Nie można jednak zapominać, że koszty funkcjonowania każdej firmy, czyli także organizacji sportowej, ciągle rosną. Około 55% naszego budżetu przychodowego przeznaczamy na wynagrodzenia zespołu - zawodników, trenerów, prowizje agentów. Pozostałą część stanowią inne koszty utrzymania zespołu, logistyka, organizacja meczu, a także inwestowanie np. w sprzęt czy akcje marketingowe. To jest taki zdrowy rozsądek w zarządzaniu, żeby zbilansować organizację na odpowiednim poziomie.
+Porównajmy kwotę wydaną na zespół w tym i w poprzednim sezonie. Rozumiem, że w obecnym roku ta kwota na zespół jest niższa?
+- Tak. Zespół został zbudowany za kilkanaście procent mniejszą kwotę niż przed poprzednim sezonem.
+Uprzedzając kolejne pytanie. Duet De Rycke - Bosnić nie wykorzystał w pełni zaproponowanego im budżetu przed startem rozgrywek, dlatego pozyskaliśmy siódmego obcokrajowca w postaci Deona Edwina.
+Wiem, że po stronie kosztów ogromną pozycją jest kontrakt Ronena Ginzburga. Jak wygląda sprawa ewentualnego rozwiązania umowy z izraelskim szkoleniowcem?
+- Rozmowy trwają. Nieustannie wywieram presję na agenta trenera i jego samego. Trener zapewnia, że poszukuje pracy. Nie chce zrobić sobie roku przerwy. Chce wrócić na rynek i liczy, że otworzą mu się opcje wraz z rozpoczęciem rozgrywek i zmianami w poszczególnych drużynach. Podtrzymuje to, że do rozmów o ostatecznym, polubownym rozwiązaniu umowy usiądziemy w momencie, w którym będzie miał nowego pracodawcę.
+Dlaczego trener nie chce teraz podjąć rozmów o rozwiązaniu umowy?
+- Trener stoi na swoim stanowisku, że dopóki nie znajdzie pracodawcy, to swojej kontrpropozycji do moich ofert polubownego rozwiązania umowy nie przedstawi.
+Czy ewentualne odejście trenera Ginzburga sprawi, że Anwilowi otworzą się opcje do wzmocnienia składu? Domyślam się, że kontrakt z trenerem jest wliczony w budżet przeznaczony na wynagrodzenia zawodników / sztabu.
+- Karolu, ciągniesz mnie za język, a ja za bardzo nie chcę wchodzić w szczegóły.
+My marzymy, ale o tych marzeniach głośno nie mówimy. Mówimy o celu minimalnym, jakim jest powrót do fazy play-off - najlepiej poprzez TOP6, bo faza play-in jest bardzo ryzykowna, co pokazał poprzedni sezon. Nerwy były wyczuwalne i okazało się, że nie wytrzymaliśmy tej próby. Myślę, że mamy prawo aspirować do tej górnej szóstki, a w play-off wszystko jest możliwe.
+Mówi pan, że "mamy prawo aspirować" do bycia w TOP6. Czy jest pan zdania, że ten skład zbudowany przez duet Leo De Rycke - Vedran Bosnić daje taką gwarancję? Przyznam szczerze: ja takiej pewności nie mam. Ten skład nie do końca mnie przekonuje.
+- Uważam, że żaden skład nie daje gwarancji sukcesu. Gdy do Victora Sandersa dołożyliśmy Tomasa Kyzlinka, wydawało się, że mamy wielki skład, a nie awansowaliśmy nawet do półfinału. A z kolei skład zbudowany przez Przemka Frasunkiewicza dwa sezony wcześniej za dużo mniejsze pieniądze - z Jonah Mathewsem, Jamesem Bellem czy jeszcze nieznanym Luke'iem Petrasekiem - dał nam brąz i triumf w ENBL.
+Powtórzę tu słowa trenera Bosnicia, który od samego początku podkreśla: ważne jest zbudowanie prawdziwej drużyny, a nie zebranie z rynku najlepszych indywidualnie zawodników. Każdy musi mieć wyraźnie podzielone role. To podobało mi się w budowaniu zespołów u Igora Milicicia, czy u Przemka Frasunkiewicza. Przypomnę nazwiska Sebastiana Kowalczyka, Aleksa Olesińskiego czy Marcina Woronieckiego - to byli gracze, którzy mieli ściśle określone zadania. Liderzy dostawali dużą rolę i pewność siebie, a zadaniowcy mieli im pomagać.
+Pociągnę wątek polskich zawodników, bo latem nie udało wam się nakłonić do współpracy gracza z "dużym nazwiskiem", choć wiem, że rozmawialiście z Kamińskim, Garbaczem, Wilczkiem czy Kłaczkiem. Dlaczego się nie udało? Jakie czynniki stanęły na przeszkodzie?
+Wiemy, że dyrektor Leo De Rycke obrał strategię: "nie przepłacamy Polaków".
+Finalnie obraliśmy więc inną koncepcję budowania składu. Czy gorszą? To zobaczymy na koniec sezonu. Na ten moment cieszymy się, że mamy Szymona Wójcika, Mateusza Szlachetkę, Adama Brenka, który jest w dużej roli w rotacji i chyba najbardziej naturalnie wszedł w tę aurę kochaną przez kibiców: "DNA Rottweilera". Zobaczymy, jak ten skład się zaprezentuje w kolejnych miesiącach.
+Czy w trakcie tych rozmów na temat budowy polskiego składu wtrącił pan swoją uwagę na zasadzie: "Panowie, ale my potrzebujemy dużego nazwiska"?
+- Przy podpisywaniu kolejnych kontraktów za każdym razem chciałem poznać motywacje, dla których z pewnych opcji rezygnujemy, a na inne stawiamy. Zostawiłem jednak autonomię w działaniu Vedranowi i Leo. Obaj zawsze racjonalnie tłumaczyli swoje wybory. Zbudowaliśmy zespół według innego planu, niż w latach poprzednich. Nawet jeśli ktoś sądzi, że te nazwiska nie rozpalają wyobraźni na papierze, to ja jednak przypomnę, że w składzie mamy chociażby dwóch reprezentantów Belgii z pierwszej piątki z ostatnich mistrzostw Europy.
+Czy oczekiwaliście większego szumu przy ogłoszeniu tych nazwisk?
+- Wydaje mi się, że po poprzednich latach to bardziej środowisko oczekiwało głośnych nazwisk w naszym składzie. Widzimy, że transfer Manu Lecomte nie jest aż tak bardzo hype'owany, mimo że dwa lata temu pod jego wodzą PGE Start Lublin zaszedł aż do wielkiego finału. Jak to mawia trener Griszczuk: "Ciszej jedziesz, dalej zajedziesz ". Czyli mniej gadania, więcej pracy. Wierzę w to, że choć rzeczywiście nie jesteśmy stawiani w roli faworytów, to rola underdoga jest czymś, w czym czujemy się dobrze.
+Jak wygląda codzienna praca Leo De Rycke? Czym zajmuje się dyrektor sportowy?
+- Leo De Rycke zarządza potencjałem kadrowym zespołu wspólnie z trenerem - rozmawia z zawodnikami, jest w ciągłym kontakcie ze sztabem i na bieżąco monitoruje rynek. Błyskawiczna reakcja na kontuzję i zakontraktowanie Deona Edwina w ciągu 48 godzin to właśnie taki bardzo namacalny efekt jego pracy. Dyrektor sportowy musi trzymać rękę na pulsie, by w razie potrzeby natychmiast przedstawić szkoleniowcowi listę dostępnych graczy w ramach założonego budżetu.
+Od maja pełni pan funkcję prezesa Anwilu Włocławek. Jak jest? Panu się podoba nowa rola w klubie?
+Co w ostatnich miesiącach udało się zrobić w klubie?
+- Zacznę od zmian w back-office. Ten został mocno przebudowany, począwszy od zatrudnienia dyrektora sportowego Leo De Rycke, który aktywnie uczestniczył w procesie wyboru trenera, a następnie budowania składu. Rzeczywiście ta część w dużej mierze została zdjęta z mojej głowy. W sprawach kontraktowych uczestniczył także Filip Brylski, która zdobywa coraz większe doświadczenie.
+Poza zatrudnieniem nowych osób, nie bez echa przeszły nasze pomysły marketingowe. Kawałki podłogi, które rozdawaliśmy naszym kibicom, zyskały uznanie w środowisku, jako fajny pomysł na danie drugiego życia zużytym deskom z Hali Mistrzów. Dzięki intensywnej pracy naszej ekipy od merczu - od pierwszego meczu ligowego - w ofercie sklepu kibica znalazła się nowa kolekcja odzieży naszej marki Rottwear, a także koszulki meczowe, które trafiły w gusta kibiców.
+Wracając do spraw budżetowych. Czy główny właściciel w postaci miasta Włocławek może zwiększyć finansowanie?
+Grzegorz Szybieniecki ostatnio zauważył, że w trakcie pierwszego meczu ligowego na samym parkiecie nie było żadnych reklam. Jak pan to skomentuje?
+- Muszę rozczarować Grzegorza - nie był to element szerszej strategii (śmiech). Brak naklejek oznaczałby brak środków w budżecie, a tego żaden kibic chyba by nie chciał. To jest kwestia tego, o czym wspomniałem wcześniej. Pewne umowy dopięliśmy szybciej, inne później, a w przypadku jeszcze innych jesteśmy w trakcie rozmów. Na meczu z Górnikiem tych naklejek rzeczywiście jeszcze nie było, ale np. na meczu z Energą Czarnymi ponownie kibice mogli ujrzeć logo firmy Terbud. Co to oznacza? Kolejną ważną dla klubu umowę i kontynuację blisko 30. letniej współpracy! To ewenement, bo mówimy o firmie prywatnej.
+Słyszałem, że chcecie też sprzedawać poszczególne mecze, tak? Czym jest inicjatywa "Partner Meczu"?