„KE nie będzie nam mówić, na co wydawać pieniądze”. O to pokłócą się unijni ministrowie finansów
± Unia Europejska jako pierwsza na świecie wprowadziła mechanizm opłat za emisje CO2 (ale nie jest dziś jedynym miejscem, gdzie taki system obowiązuje; do pewnego stopnia analogiczny mechanizm działa m.in. w Chinach – przyp przyp. red.). Systemem EU ETS objęte są przedsiębiorstwa z najbardziej zanieczyszczających gałęzi gospodarki. To m.in. energetyka, hutnictwo i lotnictwo, które odpowiadają łącznie za 40 proc. unijnych emisji. Obciążanie ich opłatami za emisje, które z założenia mają rosnąć, to jasny sposób na powiedzenie, że długotrwałe poleganie na paliwach kopalnych to zły biznes.
± Jedne kraje i przedsiębiorstwa przestawiły wajchę na niskoemisyjność, ale inne mocno się z tym ociągają, a wręcz czasami próbują ograniczać tempo transformacji. Jak ostatnio pisaliśmy, Komisja Europejska wsłuchała się w głos tych drugich i w ostatnich dniach zaproponowała reformę ETS. Jej najważniejsze założenie? Zapewnienie „maruderom” więcej dłuższego czasu na zmianę sposobu działania ze względu na coraz trudniejsze okoliczności (wojny, rywalizacja z Chinami i USA). Pisząc inaczej: emitenci znacznych ilości CO2 będą mogli zanieczyszczać atmosferę dłużej i taniej.
± Dlatego w 2023 r. roku KE wprowadziła przepisy zobowiązujące państwa do wydawania pieniędzy właśnie na cele klimatyczne. Wymóg ten okazał się jednak dość łatwy do obejścia. Kraje mogą finansować z ETS inwestycje, które i tak by zrealizowały, a ich powiązanie z transformacją mogło być bardzo szerokie. W rezultacie na inwestycje w dekarbonizację przemysłu przeznaczane jest mniej niż 10 proc. przychodów z ETS.
± Jednym z takich przykładów są darmowe uprawnienia. Zgodnie z nowymi założeniami mają one obowiązywać o kilka lat dłużej (do 2038 zamiast 2034 r.), roku), ale pod warunkiem, że firmy zainwestują równowartość tych uprawnień w europejską dekarbonizację. „Jedną z kluczowych różnic w porównaniu z poprzednimi jest to, że darmowe uprawnienia nie oznaczają darmowej gotówki” – komentuje Hoekstra.
± Od momentu uruchomienia w 2005 r. roku system ETS wygenerował ponad 270 mld euro dochodów i pomógł zmniejszyć o połowę emisje w objętych nim sektorach. W grę wchodzą więc niemałe pieniądze – zwłaszcza teraz, gdy ETS generuje największe wpływy (ostatnio 24 mld euro w skali roku), a wiele państw ma problemy z wysokim deficytem budżetowym. Sytuacji nie ułatwiają też wzrost antyunijnych nastrojów oraz postępująca w niektórych krajach Europy radykalizacja i nacjonalizacja (jak w Polsce).
± „Rząd Donalda Tuska obiecał, że skończy z rozdawaniem na lewo i prawo pieniędzy z ETS, ale do dzisiaj nie dowiózł tej obietnicy. Te dziesiątki miliardów złotych rocznie, które trafiają do polskiego budżetu z handlu emisjami emisjami, powinny trafić na inwestycje, które posłużą nam wszystkim. Na odnawialne źródła energii, magazyny energii czy ocieplanie domów” – przekonuje Mikołaj Gumulski, ekspert ds. energetyki w Greenpeace Polska.
± Już teraz wiadomo jednak, że mają skończyć się na początku 2027 r. roku. Dzięki temu reforma ETS ma zostać przyjęta jeszcze przed wyborami parlamentarnymi w kilku ważnych krajach, w tym Polsce.