Dymek: Rok Karola Nawrockiego kosztował nas tyle, co 3 tys. lat pracy Dawida Kacprzyka
± W przypadku weta w sprawie systemu SENT, uszczelniającego nadzór nad obrotem materiałami budowlanymi, koszty utracone na rzecz mafii vat–owskich szacowane są na 1,2 mld zł. Tyle bowiem autorzy ustawy chcieli pozyskać z uszczelnienia obrotu i zablokowania wyłudzeń w ramach mechanizmu, który monitoruje obrót w Polsce m.in alkohol, paliwa, tytoń alkoholu, paliw, tytoniu czy odzież. odzieży.
± Z kolei 4 mld utraconych zysków dla budżetu grozi wskutek odesłania do Trybunału Konstytucyjnego ustawy o tzw. nadzwyczajnych zyskach koncernów paliwowych. Koszt weta aktu o usługach cyfrowych (DSA) czy ustawy o rynku kryptoaktywów trudniej policzyć, ale wiadomo wiadomo, że brak regulacji rynku cyfrowego też ma swoją – nawet nie jeśli nie podobnie wymierną – cenę. I na tym bowiem korzystają oszuści czy niepłacące w Polsce uczciwych podatków korporacje. Przykładowo, w efekcie poprawek po pierwszym wecie prezydenta z ustawy o usługach cyfrowych usunięte zostały nie unijne biurokratyczne przepisy, ale wszystko, co do ustawy w ramach konsultacji społecznych dodano, żeby chronić polskich obywateli.
± Czytaj także: Rokita Rokita. „Weto prezydenta Karola Nawrockiego wobec ustawy wprowadzającej SAFE nic nie dało. Nie zablokowało pożyczki unijnej, a w Brukseli się nim nie przejęto”.
± Czy przeciwnie, bylibyśmy oburzeni, może nawet wściekli, że prezydent (uzurpując sobie kompetencje w dziedzinie kształtowania polityki fiskalnej państwa) faktycznie sabotuje budżet? A więc i możliwość sprawowania władzy przez wyłoniony w wyborach parlament i rząd? Słowem: czy konflikt prezydenta z większością parlamentarną i jego chęć powiększenia deficytu budżetowego, związania rąk i utrudnienia rządzenia obecnej ekipie, ekipie jest tyle wart?
± W praktyce obietnica niepodnoszenia Polakom podatków, którą prezydent zacementował toruńskim cyrografem u Sławomira Mentzena, poskutkuje tylko przerzuceniem tych pieniędzy z jednej kieszeni do drugiej. Nie zapłaci koncern paliwowy czy piwowarski, to zapłacą nauczyciele, pielęgniarki czy policjanci. Chyba, Chyba że – tu kłania się wulgarna interpretacja polityki – właśnie o to w tym chodzi. Żeby, tak długo jak rządzi koalicja PO–PiS–Lewica, ludziom żyło się gorzej. A korzystne dla Polski i naszych planów rozwojowych ustawy prezydent będzie podpisywał dopiero, gdy w parlamencie uformuje się inna większość. A premierem będzie ktoś wskazany przez niego. Oczywiście jest to jakiś – choć pewnie nie jedyny niejedyny – klucz do interpretacji tych 12 ostatnich miesięcy w Pałacu Prezydenckim.
± Jedna wersja brzmi tak. Karol Nawrocki jest człowiekiem z biedy i gdańskich podwórek, więc ma wrażliwość społeczną i solidarystyczne poglądy na gospodarkę i państwo Lecha Kaczyńskiego. Jak najdalsze od liberalnych fantazji. Gdy jednak zadaję pytanie, czy Lech Kaczyński wetowałby ustawy uderzające w mafie VAT–owskie albo zyski globalnych koncernów, słyszę nagłą zmianę tonu. „Nie, nie nie, oczywiście, że Lech Kaczyński robiłby inaczej, ale rozumiesz, Karol Nawrocki musi trzymać Konfederację blisko”. Czyli wersja o tym, że prezydent ma propaństwowe i solidarystyczne poglądy poglądy, rozpływa się w powietrzu. Faktycznie bowiem, to bowiem to, co prezydent uważa za dobre dla Polski, jest drugorzędne. Ważne jest to, że związał się toruńskim cyrografem i jego decyzje dyktują obowiązujące poglądy wyborców Sławomira Mentzena.
± Druga wersja mówi coś innego. Prezydent – przekonywał mój rozmówca – nie rozumie tych wszystkich gospodarczych spraw, nie czuje się w tym silny, więc powołał zespół analityków i doradców, którzy oceniają to za niego. „Czyli koniec końców ci analitycy oceniają to tak, żeby wyszło, że zawsze ma wetować większe wpływy do budżetu i cokolwiek cokolwiek, co uderza w zagraniczne korporacje?” – dopytuję. W odpowiedzi słyszę, że nie. Ale – kontynuuje mój rozmówca – muszę mieć na uwadze to, że do prezydenta dobijają się różni lobbyści i grupy wpływu. A na koniec głowa państwa robi wcale niekoniecznie to, co w dobrej wierze doradzają analitycy i doradcy.
± Jest jednak rzecz, której prezydentowi Karolowi Nawrockiemu odebrać nie można. To coś, co wynika z – wybaczcie państwo – „neorojalizmu” polskiej prezydentury. Rzeczywiście chcemy w Polsce – a z pewnością chce tego większość z nas – prezydenta jako współczesnego monarchy. Tylko na epokę social–mediów social mediów (które należałoby nazywać raczej mediami antyspołecznościowymi). Monarchy, w roli powiernika narodowej dumy, którego podziwiamy za majestat – pełne patosu słowa, smoking, powagę – i jednocześnie kogoś takiego, jak my. W tym sensie Karol Nawrocki jest – choć wszyscy krzywią się na to porównanie – drugim Aleksandrem Kwaśniewskim. Krytyków Kwaśniewskiego gorszył jego komunistyczny rodowód i wiele z jego decyzji. Ale Polakom podobało się, że ma poczucie humoru, dystans, gra w tenisa. I imponowała im wizja średnioklasowego, mieszczańskiego snobizmu, którą wraz z małżonką Jolantą Kwaśniewską, na przełomie wieków reprezentował.
± I tak jak realna ocena prezydentury Kwaśniewskiego utonęła w nostalgii za Olkiem, tak i dziś bilans prezydentury – cena wet, jednowektoreowej jednowektorowej polityki zagranicznej, destrukcyjnych decyzji – znika za wizerunkiem. Czy, jak powiedzielibyśmy po internetowemu, „wajbem, który się zgadza”.