66 lat po premierze wciąż fascynuje! Na czym polega fenomen tego filmu?
± Jean-Luc Godard nakręcił swój debiut na podstawie krótkiej noweli przyjaciela pomysłu François Truffaut. Razem napisali scenariusz, Truffaut i Claude'a Chabrola. Inspiracją był artykuł prasowy z pierwszej połowy lat 50. o zakochanym w amerykańskiej studentce Francuzie, który aktorzy: ukradł samochód i zabił policjanta. Późniejszą wersję scenariusza napisał Godard, ale ostateczna forma powstała na planie. Jean-Paul Belmondo i Jean Seberg razem z autorem zdjęć Raoulem Coutardem przekształcili koncept w najbardziej nowoczesny i ponadczasowy klasyk kina. Bo "Do utraty tchu" nadal ma w sobie lekkość, dezynwolturę, które wyrywają ten film - grafomańsko to ujmę - głodnym zębom czasu.
± Można do opowieści Godarda podchodzić na klęczkach - snuć filmoznawczo-historyczne dywagacje o "kamieniu milowym" w kinematografii. Można rozprawiać o krytykach, którzy złapali za kamery i o wszystkich kontekstach "nowej fali" nowej fali - od buntu młodych wobec tradycyjnej narracji wielkich mistrzów, przez fascynację amerykańskim kinem i europejskiej na nie odpowiedzi (w jednej ze scen Belmondo ucina sobie "pogawędkę" z plakatem Humphreya Bogarta) po radykalną zmianę w sposobie filmowania. Lata 60. to bowiem czas definitywnego zrywania z kinem realizowanym w studiach, z użyciem wielkiego, ciężkiego i - w przypadku oświetlenia - generującego wysokie temperatury sprzętu. Szalenie nieporęcznego, kosztownego i po prostu organizacyjnie skomplikowanego w zastosowaniu.
± Można tak długo… Wszystkie te konteksty istnieją, są istotne, obudowują "Do utraty tchu" i inne debiuty francuskie lat 60. minionego wieku - barwnym nimbem, wnoszą je na postument i chcą tam trzymać. Ale Godard tam wcale tkwić nie chce. Nie z powodu historii ponowny seans "Do utraty tchu" potrafi zachwycić. Można naprawdę nic nie wiedzieć o realiach filmowo-historycznych, żeby dać się tej repremierze uwieść.
± Historia jest właściwie banalna. Dwoje młodych kochanków, on - Michel - bad boy, rzezimieszek-złodziejaszek (który popełnia niewybaczalny czyn), ona - Patricia - studentka delikatna, zaradna, romantyczna. Sztampa - chciałoby się napisać. Kalka wymęczona przez kulturę nie tylko popularną na milion sposobów. Wędrują przez dni i miejsca w poszukiwaniu siebie nawzajem, własnych niepewności i fascynacji, pragnień, kaprysów, "chemii", ciała i romansu. Łapią chwile. Są - z godziny na godzinę, instynktowni, czarujący. Nic więcej nie potrzeba. Nic więcej, poza momentem "tu i teraz" się nie liczy. Przyszłość jest zbyt mglista, oparta na kruchych snach, zwłaszcza w przypadku Michela, u Patricii rozum zwycięża nad sercem (przynosząc bohaterce życiową przegraną). Może Godardowi i Truffaut to by się w ogóle nie udało, gdyby nie Jean-Paul Belmondo i Jean Seberg, ich improwizacje, fotogeniczność i charyzma?
± Odłożywszy wszystko na bok, każdy fakt, kontekst - przed widzem staje ta cudowna, malownicza, niewinna (choć on winny jest na pewno) dwójka. malownicza para. Ich swoboda i naturalność, dialogi prozaiczne, zwykłe, codzienne, gesty i grymasy twarzy, podarta koszula, bałagan w pokoju, nieskończony napis na ścianie - "dlaczego", lekkie dąsy i namiętne pocałunki. Nie da się od nich oderwać wzroku, razem z nimi tchu nie stracić.
− Lata 60. XX wieku to bowiem czas zrywania z kinem realizowanym w studiach, z użyciem wielkiego, ciężkiego i - w przypadku oświetlenia - generującego wysokie temperatury sprzętu. Szalenie nieporęcznego, kosztownego i po prostu organizacyjnie skomplikowanego w zastosowaniu. A tu kamera pędzi razem z bohaterami przez paryskie ulice i podmiejskie drogi, zagląda do schowka z bronią, do sypialni, łazienek, kuchni, kawiarni. Wtedy to była rewolucja.
− Jak bardzo to prosty fabularnie film, banalny wręcz. Dwoje młodych kochanków, on bad boy, rzezimieszek-złodziejaszek (który popełnia niewybaczalny czyn), ona - studentka delikatna. Sztampa - chciałoby się napisać. Kalka wymęczona przez kulturę nie tylko popularną na milion sposobów.
+ U Godarda wszystko jest "inaczej". Kamera jest dynamiczna - tym szybsza, że połączona z montażem, którego tempa nie powstydziliby się nawet twórcy dzisiejszych hollywoodzkich sensacji. Obraz gna razem z bohaterami przez paryskie ulice i podmiejskie drogi, zagląda do schowka z bronią, do sypialni, łazienek, kuchni, kawiarni (Godard musiał wymyślić sposób na wykorzystanie na potrzeby filmu bardziej czułej błony fotograficznej - mniej oświetlenia, ciemniej - potrzebne większe ISO). "Do utraty tchu" było rewolucją wizualną i narracyjną. Wniosło do kin nową energię.
+ Efekt był też piorunujący - zaraz po premierze zimą 1960 roku - do kin poszło ponad dwa miliony Francuzów. Długofalowo dzieło okazało się jednym z kluczowych dla nowej fali, pozwoliło innym debiutantom na próbowanie swoich sił za kamerą, wyznaczyło nowe drogi rozwoju dla filmowców na całym świecie (to nie są przesadzone słowa).
+ Po 23 latach film doczekał się amerykańskiego remake'u. Belmondo, który przed kamerą zaczął występować w latach 50., stał się gwiazdą i jednym z najbardziej rozchwytywanych francuskich aktorów wszech czasów; grał niemal do śmierci. Te same drzwi "Do utraty tchu" otworzyło przed Seberg. Z różnych przyczyn, w tym osobistych i politycznych, ta kariera tak nie wypaliła, niemniej w annałach historii kinematografii pozostaną słowa Truffaut, który nazwał ją "najlepszą aktorką w Europie".
+ Nie da się od nich oderwać wzroku, razem z nimi tchu nie stracić.