← wróć
OKO.press 1 obserwowana zmiana

Marchewka i jabłka na bazarku. Suwerenność żywnościowa zaczyna się za rogiem [ROZMOWA]

Pokazujemy każdą zmianę, jaką zaobserwowaliśmy między kolejnymi zapisami.

Część szerszego pokrycia
Festiwal Warszawa w Budowie
zobacz pełne wydarzenie →
akapit usunięty zaobserwowano 01.09 18:31 · kopiuj link do tej zmiany

Marchewka i jabłka na bazarku. Suwerenność żywnościowa zaczyna się za rogiem [ROZMOWA]

Treść

− Rozmawiamy z socjolożką Joanną Erbel, współkuratorką tegorocznej edycji festiwalu Warszawa w Budowie, poświęconego suwerenności żywnościowej, która staje się ważnym elementem w strategiach rozwoju współczesnych miast.

− Nowy typ terenów parkowych, który rozwija się w Europie. Najczęściej agriparki powstają na obrzeżach miast i są połączeniem miejskiego lasu, tradycyjnie rozumianego parku i terenów uprawnych. To miejsca odpoczynku, rekreacji, edukacji i produkcji żywności. Miasta, przeznaczając na ten cel swoje tereny, zamieniają nieużytki w zielone, bioróżnorodne, tętniące życiem obszary. Naszą bezpośrednią inspiracją był agripark w Montpellier, gdzie można spacerować pomiędzy winnicami, i Grand Park w Lyonie – wielki park krajobrazowy, do którego wprowadzane jest rolnictwo regeneratywne.

− Jesteśmy spółdzielnią, do której należy ponad 30 osób oraz dwa podmioty prawne: Fundacja Dóbr Wspólnych działająca na Jazdowie oraz PLZ Spółdzielnia prowadząca CoopTech Hub, pierwsze w Polsce centrum technologii spółdzielczych. Mamy stałe grono 20–30 osób, które się przewijają przez farmę – albo przychodzą w soboty, kiedy organizujemy dzień otwarty, albo biorą udział w różnego rodzaju projektach. Na przykład rozwijamy teraz z Maćkiem Łepkowskim model, w którym miasto może dostarczać obszarom uprawnym materii organicznej z dobrze przekompostowanych odpadów bio.

− Nie mam z tym dobrego doświadczenia. Jako ogrodniczka chciałam skorzystać z możliwości zakupu takiego kompostu, produkowanego w miejskim zakładzie utylizacji, ale był pełen plastiku, bo wyrzucamy bio w workach. Jak temu zaradzić?

− Alternatywą jest połączenie odbioru odpadów z działaniami ogrodniczymi i traktowanie materii organicznej jako zasobu, nie odpadu. W Tuluzie działa miejsce podobne do naszej farmy. Nazywa się Edenn i jednym z obszarów jego działalności jest właśnie odbiór materiału na kompost. To system oparty na japońskiej technologii bokashi. Mieszkańcy wsypują odpady do małych kubełków w swoich kuchniach i przesypują je otrębami z mikroorganizmami, które przyspieszają proces kompostowania. Kurierzy rowerowi odbierają te kosze, dając w zamian inne, i zawożą bioodpady do miejsca, gdzie dalej są kompostowane. Obok tego składowiska Edenn ma poletka warzywne, na których wykorzystuje tę ziemię. Ale to wciąż dość skomplikowane. Biodegradowalne worki na takie odpady albo osiedlowe kompostowniki mogłyby być dobrym rozwiązaniem.

− Wasza farma ulokowana jest na terenach dawnego Urzecza, słynącego z upraw. Jakie lekcje możemy wyciągnąć z doświadczeń Urzeczan?

− Ten obszar dawniej nie nadawał się do upraw. Wisła wylewała i zalewała szlacheckie pola, dlatego zaczęto ściągać tu osadników, zwanych Olędrami. Część z nich była potomkami mennonitów uciekających w XVI wieku do Polski przed prześladowaniami w Holandii i Niemczech. Mieli doświadczenie w uprawach na podmokłych, nadrzecznych terenach i zaczęli negocjacje z naszą Wisłą od sadzenia prostopadle do nurtu wierzb, które zatrzymywały materię organiczną. To byli bardzo bogaci gospodarze, a także wolni ludzie, których nie obejmowała pańszczyzna. Łukasz Maurycy Stanaszek pisze w swojej książce „Nadwiślańskie Urzecze”, że „tu żyło się trudno, ale się opłacało”. To jest piękna historia o pragmatycznej wielokulturowości, bardzo ciężkiej pracy, szacunku dla przyrody i budowaniu odporności.

− Rolnikom z Urzecza zależało też na tym, żeby tzw. „odległość targowa” – z pola na bazar – była jak najkrótsza. Jak dziś wrócić do tej idei?

− Próbujemy sobie odpowiedzieć na pytanie, jak teraz mogłyby wyglądać takie efektywne szlaki. Rozwijamy koncepcję miejskiej strefy żywicielskiej. Zastanawiamy się, czy na przykład nie można by podzielić Warszawę i Mazowsze, niczym tort, na kawałki i tworzyć łańcuchy dostaw w obrębie takich właśnie trójkątów.

− Mieszkam w Falenicy, na obrzeżach Warszawy, i mamy tu znakomity bazarek, na który przyjeżdżają lokalni rolnicy i producenci żywności. Nie mogę się nadziwić, dlaczego na każdym osiedlu nie ma takiego targowiska.

− Ja też. Od lat o roli takich miejsc mówi i pisze architektka Aleksandra Wasilkowska, która projektuje też lokalne targowiska – nie tylko jako miejsca handlu, ale też spotkań i życia towarzyskiego. Przykładem jest jej wielokrotnie nagradzany bazar w Błoniach pod Warszawą.

− Tu ważną rolę odgrywają samorządy. To one wyznaczają tereny na targowiska, ustalają czynsze i opłaty placowe. Systemowe rozwiązania są trudne, bo Ministerstwo Rolnictwa jest jedno, a gmin w Polsce jest prawie 2500. Bardzo wierzę w to, że gdy pierwsze zaczną działać w tym kierunku, to kolejne pójdą za nimi.

− Dlatego organizujecie Kongres Miasta dla Suwerenności Żywnościowej?

− Tak, to się zaczęło w 2024 roku od pomysłu, żeby zapytać osoby kandydujące w wyborach samorządowych, co tam u nich z suwerennością żywnościową w programach. Czy mają tam coś o targowiskach, warzywniakach, reformie stołówek szkolnych, ochronie gruntów rolnych, ogródkach działkowych, edukacji żywnościowej. Najbardziej ambitnie podeszły do tematu po wyborach Kraków, Rybnik i Grodzisk Mazowiecki, które wpisały te zagadnienia do swoich strategii, powołały pełnomocników do spraw polityki żywnościowej, zaczęły tworzyć bazy ekologicznych rolników. Wrocław prowadzi swoją farmę miejską, z której warzywa trafiają do miejskich żłobków.

− Dlatego zorganizowaliśmy kongres, na którym możemy spotkać się w szerszym gronie i wymieniać się doświadczeniami. Wspólnie pracujemy nad dokumentem „Modularna Miejska Polityka Żywnościowa”, który kolejne miasta mogłyby wdrażać.

− Podczas festiwalu Warszawa w Budowie, organizowanego przez Muzeum Sztuki Nowoczesnej i Muzeum Warszawy, tymczasowy bazar powstanie na Placu Centralnym, przed Pałacem Kultury i Nauki. Spożywczy?

− Oczywiście, zaprojektowała go Aleksandra Wasilkowska, a jego operatorem będzie Ryneczek po Sąsiedzku, czyli inicjatywa działająca w Izabelinie. To są ludzie, którzy wyszli z korporacji i teraz wykorzystują tę wiedzę do prowadzenia lokalnego bazaru. Byłoby wspaniale, gdyby mogli pojawiać się częściej na Placu Centralnym.

− Podczas Warszawy w Budowie będą też wykłady zagranicznych gości: brytyjskiej architektki Carolyn Steel, autorki książki „Sitopia” o tym, jak żywność tworzy miasta, oraz francuskiego urbanisty inspirującego się permakulturą – Sébastiena Marota. Można będzie też, jak urzeczańscy flisacy, popływać po Wiśle razem z kolektywem FLOW. Otwarciem festiwalu będą dożynki w niedzielę, 30 sierpnia, na naszej farmie.

− Zatrzymajmy się na chwilę przy ogródkach działkowych, bo one od początku XX wieku były w miastach takim zapleczem żywnościowym dla robotników i biedniejszych rodzin. Dziś ta idea dostępności się zagubiła, a dzierżawa działki ROD stała się luksusem. Potrzebna jest reforma?

− Ja bym już te działki zostawiła w spokoju. Przede wszystkim należy je chronić i skupić się na tym, żeby więcej terenu w mieście mogło dostarczać nam żywności. Miasta, moim zdaniem, powinny tworzyć jak najwięcej nowych takich obszarów, na których o ogródek mógłby ubiegać się każdy. Działki, ogrody społecznościowe, miejskie farmy są wspaniałe, zacieśniają więzy społeczne, międzypokoleniowe, tworzą zielone korytarze w miastach, prototypują różne rozwiązania, takie jak systemy gromadzenia wody deszczowej czy produkcji kompostu. Powinno ich być jak najwięcej.

− Ja, od kiedy zajmuję się ziemią, nigdy nie byłam tak silna. Czuję się sprawna, szczęśliwa i wiem, że kiedy mam jakiś gorszy moment, to jeśli przez godzinę intensywnie coś pograbię, ponoszę, poprzerzucam kompost, pojeżdżę taczką, od razu jest lepiej. Takie inicjatywy zmieniają ludzi.

− Zmienia się też powoli świadomość konsumencka. Chcemy jeść dobrze, wspierać polską produkcję.

− Idealnie byłoby, żebyśmy znali swoich rolników, tak jak Warszawa zna na przykład Pana Ziółko, rodzinę Majlertów czy Sebastiana Starzyńskiego, który prowadzi w Michałowicach farmę ekologiczną Terra Plenta. Chodzi o to, żeby pokazywać, że to są konkretni ludzie – tak jak robi to sieć sklepów Karmnik czy Kooperatywa Dobrze. Warto też pamiętać, że rolnictwo to bardzo ciężka praca. Czasami lepiej kupować mniej, za to wyższej jakości. Zresztą, jak pokazują badania Instytutu Strategii Żywnościowych „Grunt”, niezależnie od grubości portfela, szukamy jedzenia wysokiej jakości. Powinniśmy wspierać polskich rolników, bo stawką jest nie tylko nasze zdrowie i klimat, ale też nasza demokracja. Bo jeżeli będziemy mieć bezpieczny łańcuch żywnościowy, to nie będziemy podatni na różnego rodzaju zastraszanie z zewnątrz ani zależni od międzynarodowych umów i humorów wielkich korporacji.

− Czy rolnictwo przetrwa rewolucję AI?

− Raczej są to fantazje, że będziemy odżywiać się tylko suplementami albo produktami wytwarzanymi w całkowicie sztucznych warunkach. Przynajmniej na razie. Pozostaje pytanie, czy będzie to żywność dobrej jakości. Praca z ziemią jest też ważnym antidotum na zmory naszych czasów: wypalenie zawodowe, choroby cywilizacyjne i psychiczne. Będzie nam potrzebna. Widzę to tak, że będziemy mieć dużo czasu i będziemy mogły go poświęcić na ważne rzeczy.

− Dlaczego w ogóle mówimy o mieście w kontekście suwerenności żywnościowej, a nie o wsi?

− Nie wprowadzałabym w tej kwestii takiego podziału na wieś i miasto. Bo wieś się wyżywi, a miasto bez rolnictwa nie przetrwa. Dlatego tak ważne jest myślenie o mieście razem z jego zapleczem rolniczym. Jeśli ziści się jakiś katastroficzny scenariusz, są dwie ścieżki. Jedna jest taka, że wojsko wydaje racje żywnościowe z magazynów dużych firm korporacyjnych. Stoimy sobie w wężyku i po prostu czekamy. Druga ścieżka to scenariusz bardziej zintegrowany z polskim genotypem, czyli ludzie zaczynają załatwiać rzeczy. Tak jak w PRL-u: kto miał rodzinę na wsi, ten był w luksusowej sytuacji. Ale żeby mieć od kogo załatwiać, no to po pierwsze musimy tych rolników znać, a po drugie muszą być w bliskiej odległości. Najlepiej tak bliskiej, żeby można było do nich dojechać czymś innym niż środkiem transportu napędzanym paliwem.

− Wystawa Warszawa w Budowie 18. Suwerenna i najedzona potrwa od 30 sierpnia do 27 września.

− Zespół kuratorski: Joanna Erbel, Alicja Wójcik, Jakub Depczyński. Program wystawy dostępny jest tutaj.

− *Dr Joanna Erbel – socjolożka, ekspertka do spraw mieszkaniowych i budowania miejskiej odporności. Członkini Rady Nadzorczej CoopTech Hub i przewodnicząca Rady Nadzorczej Spółdzielni MOST. Autorka książek Poza własnością. W stronę udanej polityki mieszkaniowej (2020), Wychylone w przyszłość. Jak zmienić świat na lepsze (2022) oraz powieści o możliwej przyszłości Jak Henryk zdobył władzę (2023). Współzałożycielka Koalicji Suwerenności Żywnościowej. Rolniczka. Poza pracą zawodową opiekuje się swoim sadem i prowadzi rozmowy z lisami, roślinami oraz duchami miejsca. Odpoczywa, pisząc książki i zbierając zioła. W 2014 roku jako bezpartyjna kandydatka Zielonych ubiegała się o urząd prezydentki Warszawy. W 2015 roku kandydowała do Sejmu z listy Zjednoczonej Lewicy.