Poruszające relacje po katastrofie autokaru na Węgrzech. "Tata nie wróci"
± — Na początku nic nie wiedzieliśmy. Dopiero dzwoniliśmy na policję, do konsulatu i wtedy zaczęliśmy dowiadywać się szczegółów — opowiada pan Łukasz, Grzegorz, który do węgierskiego szpitala w Miszkolcu przyjechał z bratem.
± O śmierci ojca dowiedział się od rodziny. — Ciocia do mnie z drogi zadzwoniła, mówiła, że taty nie udało się uratować... — dodaje pan Łukasz. Grzegorz. — To miał być zwykły wyjazd na pielgrzymkę. Pojechać i wrócić. Taki był plan, niestety tato już nie wróci do domu.
± Mama pana Łukasza Grzegorza przeżyła katastrofę. Trafiła do szpitala z obrażeniami ręki. Największy cios miał jednak nadejść później. — Mama jest w dobrym stanie. Ma tylko lekką ranę ręki — mówi jej syn.
± Pan Łukasz Grzegorz przyznaje, że rozmowa o tym, że tata nie żyje, będzie bardzo trudna. — Dopiero jutro pewnie będziemy o tym rozmawiać — mówi syn poszkodowanej.